Język inkluzywny = nuda i wymysł współczesności?
Komunikacja inkluzywna ma sprawić, aby nasze słowa nikogo nie bolały. Żebyśmy traktowali i komunikowali się jak równy z równym. Bez podziałów, bez podtekstów, bez dyskryminowania. W rezultacie taki rozwój wypadków sprawia, że język staje się neutralny, a dla niektórych jałowy. Bo traci funkcje zaczepne i niedopowiedzenia. Sama tak myślałam…
Jednak ewolucyjnie wiemy więcej. Mamy większe mózgi, a to zobowiązuje. Zobowiązuje do korzystania z tego co mamy i z ogólnodostępnej wiedzy. A wiemy, że jesteśmy różni i różnorodność należy (i przede wszystkim) warto akceptować. Że jesteśmy wrażliwsi, bardziej niż to okazujemy. Że nie warto naszym działaniem przyczyniać się do utrwalania krzywdzących stereotypów. Nie chcemy takiego świata dla naszych dzieci. Jednak, żeby był on lepszym miejscem, musimy lepiej do siebie i o siebie nawzajem mówić.
Zaczynałam moje zawodowe życie jako redaktorka, więc od razu wyobrażam sobie te dłuższe, anty-click baitowe tytuły, które doprecyzowują i nikogo nie poruszają. I w myślach opisywałam je jednym słowem: nuda. Pewnie stracą wiele odsłon, ale zyskają coś o wiele cenniejszego. Jakość przekazu. Powrót do dziennikarstwa sprzed lat, do języka kiedy był on uprzejmy i pełen feminatywów. (Tak to nie wymysł, a element języka, który skutecznie wykorzenił PRL.)
Przekazy, którymi będziemy się dzielić, przestaną przypominać rynek (kto da więcej) i wodotryski, (żeby migało i przykuwało uwagę), a zacznie być lepszym miejscem. Dla każdego. Tego sobie i Wam życzę.



